— A niech mnie Pan Bóg broni — krzyknął Mosiej — dobrze żem tamtego przeżył!

— No! to nie chcecie drugiego?

— Co tobie kobieto?

— Bo ja to tak tylko się pytam... Wy wiecie, że kto mnie nie posłucha...

— No! no! a czegoż wy chcecie odemnie! zapytał chłopak niespokojny skrobiąc się po głowie.

— Podwieźcie chorą cyganichę do chaty pod cmentarzem — szepnęła mu na ucho, — jéj się już nie wiele należy, do domu się już sama nie dowlecze.

— A, podwiozę, podwiozę, jeszcze na wóz wsadzę i z woza wysadzę — rozśmiał się Mosiej, rad że się na małém skończyło — tylko niech się dobrze okryje, żeby jéj ludzie nie poznali, boby mnie palcami w karczmie wytykali, żem się z nią pobratał.

Coś tam więcéj mówił jeszcze, ale go już nie słuchali, a Sołoducha pośpieszyła dopomódz biédnej Motrunie na wóz, który się z okrytą kobieciną potoczył powoli aż na drugi wsi koniec.

Choroba cyganichy, może skutkiem przestrachu o los dziecka, czy téż wielkiego nad siły znużenia, w drodze już do chaty wzrastać zaczęła, tak, że gdy Mosiej z woza ją u drzwi chaty zsadził, ledwie się potrafiła zawlec do łóżka.

W chatce było pusto, bo Marysia zbierała w kruhlaku suche gałęzie (holce), aby niemi ogień podsycić, a Motruna miała czas odetchnąć, nim nadbiegło dziécię wlokąc za sobą całe brzemie suszu.