Nie wiém zkąd nabrała znów sił wdowa, by się wziąć do pracy, ale z zaiskrzoném okiem poszła pocałowawszy dziecko w czoło do pustéj bodni, w któréj trochę tylko biélizny i parę sukman leżało na dnie. Z tąd wybrała sobie koszulinę, fartuch stary, i umywszy się zaczęła odziewać pośpiesznie, nic nie mówiąc Marysi.
— Czy to gdzie jeszcze iść myślicie, matuniu? — spytała zdziwiona sierota.
— Ot tak... może, może... trzeba będzie — odpowiedziała jąkając się matka — nie wiem, mam sprawę u pana.
— Aleście się i tak już dziś zmęczyli.
— Ej! nietyle! Mosiej mnie tu przywiózł ze wsi.
— Tobyście może poszli tam jutro...
— Kiedybo to sprawa pilna, a z panem nie żartować — rzekła wdowa, któréj się łzy w oczach kręciły i łkanie połykała ze słowy. — Nie bój się Marysiu moja; jak nie zdołam, to nie pójdę.
— Połóżcie się lepiéj — zaczęła świergotać dziecina, — ja zaraz ognia lepszego rozpalę i krupniku wam wczorajszego odgrzeję... Wamby się i posilić potrzeba.
To mówiąc pobiegła odgrzebać węgle starannie popiołem przykryte, a cyganicha jako-tako się odziawszy i zawinąwszy głowę rańtuchem, powoli przeszła z alkierza, i położyła się na łóżku.
Marysia uradowała się widząc, że matka jéj posłuchała, i żwawiéj jeszcze jęła się swojéj roboty. Wyciągnęła garnek z pieca, zdjęła pokrywę, i ledwie płomyk zabłysnął, przystawiła trochę dla matki schowanego krupniku; sama jak myszka zajadała ukradkiem suchy chleba kawałek, bo okrutnie czuła się głodną.