Motruna tymczasem milczała, i zmrużywszy oczy, zdawała się powoli usypiać; z czego rada Marysia, na palcach, cicho zwijała się po chatce. Już i krupnik począł parować, i miska i łyżka były gotowe, a Motruna głębokim snem zdawała się uśpioną. Dziewczę chrząknęło kilka razy, zakaszlało, myśląc że matkę przebudzi; ale ta tak była znużoną i potrzebującą spoczynku, że się ani ruszyła.
— Co jéj mój krupnik — pomyślała Marysia, zléwając go znowu do garnka i przystawiając do ognia, — sen ją lepiéj posili... a jadło nie uciecze.
Siadła więc na ławie, przyrzuciła gałązek, odsunęła garnek trochę i z oczyma wlepionemi w matkę, dech wstrzymując, by jéj nie przebudzić, przysiadła.
Motruna spała na pozór spokojnie, że ani jéj piersi oddech żywszy nie poruszył, ani drgnieniem żadném nie objawiło się cierpienie; twarz jéj stawała się coraz bledszą, oczy na wpół tylko przymknięte nie zdawały się już patrzéć na córkę, ku której ciągle się wprzód zwracały, a usta dziwnie rozwarte, pozostały nieruchome...
W tym śnie spoczynku, Bóg zesłał jéj odpoczynek wiekuisty — śmierć pożądaną po życiu boleści. Ale dziecię wdowy, które nigdy nie widziało umarłego, nie rozumiało śmierci i radowało się biedne, pozorném matki uspokojeniem.
Spoglądała na łóżko kiedyniekiedy, i bała się ruszyć, by nie przerwać snu błogiego.
— To dobrze — mówiła w duchu Marysia — choroba jéj snem przejdzie, posili się snem matunia, i wstanie mi zdrowa, zdrowiuteńka, wesoła! Taki sen! taki sen! nie pamiętam żebym ją kiedy widziała śpiącą tak głęboko: bywało żebym się ruszyła, to się zaraz obudzi... Wyraźnie licho tym snem przechodzi: ona go tak potrzebowała.
I cieszyło się i marzyło dziéwczę czekając przebudzenia, a twarz Motruny, z bladéj stawała się coraz bielszą, żółciejszą, siną nareszcie, i dziwna, straszna barwa śmierci rozlała się po niéj powolnie. Marysia patrzała na nią, i nie pojmowała nieszczęścia swego.
Przyszło południe — nie obudziła się matka; zdrzémnęła się Marysia pilnując krupniku i ognia, przebudziła, usnęła znowu i w téj jednostajnéj ciszy ani postrzegła, jak zachodzące słonko zajrzało w okno pomarańczowym swym blaskiem, którego promień wprost padł na lice umarłéj.
Zdziwiło się dziecko widząc słońce tak nisko, dzień tak szybko na drzémce i czekaniu spędzony, a matkę uśpioną jeszcze i ciągle uśpioną.