Ale niezwyczajność snu tego, nieruchomość Motruny, coraz większą, upartszą nadzieją napawały serce biednego dziecka, nie domyślającego się nieszczęścia swojego; była pewna, że po tym śnie matka się jéj zdrową przebudzi.
Już i mrok padać zaczął, a ona wciąż po gałązce dokładając do ognia, siedziała z okiem w łoże wlepioném. Nadeszła noc, nic się niezmieniło w chacie.
— Śpi matka! śpi dobrze! — mówiła Marysia — nie trzeba snu jéj przerywać; wątpię, żeby już w nocy jeść chciała.
I odstawiła garnek z krupnikiem, a zaświeciwszy kaganek w glinianéj miseczce, żeby mieć ogień pod ręką, sama cichutko spać się układła, nie rozbierając się nawet, żeby zbyt mocno nie usnąć.
Oczekiwanie, niepokój, przymuszona nieruchomość, tak ją znużyły, że ledwie głowę do pościołki przyłożyła, schwycił ją sen twardy, sen młodości; i dzień zaświtał przez szybki zakopcone, gdy znów otworzyła oczy, żegnając się zdziwiona, jak noc długą jednym tchem przespać mogła.
Pierwsze jéj wejrzenie było na matkę, którą przy blasku dogorywającego kaganka i rannego świtu ujrzała w tém położeniu, co wczoraj: nieruchomą, a dziwnie białą i bladą. Bladość ta pierwéj stopniami przychodząca, nie tyle ją uderzała; teraz świeżemu oku zdawała się przerażającą.
Zbliżyła się powoli na palcach do łóżka, poczęła przysłuchiwać, przyglądać; ale ani tchu, ani drgnienia dobadać nie mogła.
— Ależto sen się jéj udał! — rzekła w sobie — dziwny sen jakiś, kamienny! Ani się obróciła, ani tchnie, ani ruszy.
I dotknęła zlekka, ostrożnie ręki umarłéj, a uczuwszy ją chłodną i jakby kamienną, zadumała się głęboko. Ale myśl śmierci nie przeleciała jéj przez głowę; miała to jeszcze za dziwną chorobę, za dziwny sen słabości. A że u prostego ludu często w istocie snem boleść najcięższa przechodzi; że o niejednym takim słyszała wypadku: uspokoiła się po chwilce dziewczyna, dziwując się tylko osobliwszéj słabości, która się tak dziwnie, według mniemania jéj, kończyła.
Znowu dzień przeszedł jak wczoraj. Marysia rozpaliła ogień, zgotowała świeżego krupniku z ostatkiem omasty, a wczorajszym zakwaśniałym już, trochę się z chleba kawałkiem posiliła, i ośmieliła wyjść na próg, ażeby świeżém odetchnąć powietrzem.