Marysia przestraszona wyrazem twarzy Sołoduchy, wlepiła w nią wielkie oczy, w których się już łza kręciła.
— Śpi, śpi, — rzekła ciszéj — probowałam obudzić ani sposobu: a taka zimna.
— Krzyż z tobą! — zawołała stara — a toć ona pewnie umarła!
Ten straszny wyraz, którego dobrze nie zrozumiała Marysia, jak piorun daleki obił się o jéj uszy; zastanowiła się nad nim chwilę milcząca, ale wnet zaprzeczyła.
— Ale ona śpi tylko! śpi tak mocno! — odparła. — Wy znacie lekarstwa, wy ją możecie obudzić.
Żona Rataja spuściła głowę, zmarszczyła brwi i milcząca nic nie odpowiedziawszy, poszła do kąta wdziewać kożuch na siebie.
— Pójdziemy, — zawołała przygaszając ogień trochą wody i zagrzebując głowienki popiołem, — pójdziemy zobaczyć, moje dziecko!
Chatę na drewniany klucz zamknięto i stara ruszyła zadumana z dziewczęciem, które do jéj powolnego chodu ledwie się zastosować mogło, tak pilno mu było do matki.
Droga śmiertelnie nudną i długą wydała się Marysi, któréj nawet widok ulubionego ptastwa i gwaru wsi rozerwać nie mógł. Z okiem wlepioném w ziemię szła za staruszką powoli i co krok wzdychała.
Pod górę, ku chatce, Sołoducha choć o kiju, niełatwo się wdrapała; kilka razy musiała odpoczywać, a doszedłszy do progu, siadła wydychać znużenie, nim weszła do lepianki. Marysia ją uprzedziła, spojrzała na łóżko: jakaś czarność plamami wystąpiła na zmęczone oblicze matki... a twarz jéj była tak okropnie zmienioną, że myśl śmierci ujęła serce sieroty szponami strachu i przeczucia.