A wtém i Sołoducha weszła na próg, popatrzała i ręką zamachnęła szeroko.
— Zbliżcieno się, zbliżcie!
— A po co? — zawołała lekarka — ona umarła! ona dawno umarła!
Marysia jak stała, tak załamawszy ręce, szlochając padła na ziemię.
Stara znachorka niedługo zabawiwszy w chacie, powlokła się, napróżno probując odciągnąć Marysię ku dworowi. Potrzeba było dać znać do pana, do księdza, żeby ktoś przecie litościwy o domowince (tak lud zowie trumnę), o grobie, modlitwie i ubogim pogrzebie pomyślał.
Po drodze kogo spostrzegła Sołoducha stawała każdemu opowiadać, jak Motruna od trzech dni już umarła, a sierota śmierć za sen tylko wzięła, utyskując, że teraz nie wiedziéć kto zmarłą pogrzebie.
Wieść lotem strzały rozbiegła się po wiosce, a ciekawsi poczęli powoli ściągać się już do chaty cygana i obiegli drzwi izby, w któréj Marysia jęczała klęcząc na podłodze.
Tymczasem we dworze niepokój się stał wielki, bo się obawiano, żeby ksiądz nieodmówił pogrzebu, i żeby urzędu nie było potrzeby sprowadzać dla dochodzenia przyczyny śmierci. Ale Sołoducha zaradzając temu, poszła i na plebanię do dobrodzieja i dobrodziéjki, opowiadając jak się to jéj chora radziła, jak oddawna niedomagała, i rozczuliła ich historyą sierotki, która snem śmierć sądząc pilnowała trzy dni umarłéj. Nikt potém nie myślał wstrzymywać cyganichy pogrzebu.
Nie było tylko komu dać desek na trumnę, dołu na cmentarzu wykopać, i zająć się ostatnią posługą.