O kilka kroków stała zamyślona Sołoducha, przebierając w ręku węzeł od chusty, zadumana głęboko, jakby się wahała co ma począć.
— Prosiła mnie nieboszczka, żebym ja ją wzięła — mówiła w duchu — ale co to sobie na karku sierotę uwiązać; nietyle zrobi co zjé, nietyle pociechy co kłopotu. A znowu szkoda żeby to się tak miało zwalać a kto zechce wziąć, jeśli dwór nie weźmie, choć i we dworze nie raj! Namby to tak bardzo nie zaciężyło, wyręczałabym się czasem: byłoby kogo choć po wodę posłać. Nieraz jak stary polezie w świat, choć do ściany gadaj!! Co tu robić? I tak źle i tak nie dobrze... E! wezmę, dalibóg wezmę! Niezłe być musi dziecko, bo biedy zaznała, a do pracy przywykła.
I posunęła się Sołoducha, podeszła i znowu zatrzymała się namyślając, niepewna co pocznie.
— Słuchajno Marysiu — zawołała nareszcie, — a dość już żale zawodzić: wstawaj, i chodź ze mną.
Ale dziécię nie posłyszało zrazu; i stara musiała je ująć za rękę, a siłą prawie wywieść do cmentarzowéj furtki. Marysia nie opierała się wcale, szła jakoś bezwładna, spłakana, posłuszna choć niechętna, trzymając ciągle fartuszek przy oczach, i gwałtownie szlochając chwilami.
— No! dałabyś już pokój, — mówiła znachorka — łzy nic nie pomogą, wszyscyśmy się na to urodzili, żeby umrzéć, to darmo! Już jéj płaczem nie wywołasz z pod surowéj ziemi i żółtéj mogiły i pomyślmy o sobie.
Marysia nic nie odpowiadając sparła się tylko o słup u bramki, i znowu zaszła z płaczu.
— Bóg z tobą, — ciągnęła daléj Sołoducha — chodź, chodź; nie ma tu czego dłużéj dosiadywać; przeżegnaj się, pomódl i pójdziemy do chaty.
To rzekłszy, a widząc, że słowa pomagają mało, ujęła ją za rękę, wywiodła na drogę, i stanąwszy naprzeciw chatki cygana, zatrzymała się.
— A może tam masz co do zabrania? — zapytała.