— Stary Rataj, ślepe dziadzisko, jakbyś mnie znała; a długo nie gadając zabieraj się rybko i ruszaj.

— Alem ja wczoraj już żonie waszéj powiedziała, że przy chacie zostanę.

— Tak! a ja ciebiem zastał tu na cmentarzu; piękna tobie chata! A co to z tego będzie, jak ty tu zaczniesz chodzić i wypłakiwać! Chleba nie wypłaczesz, to darmo! Musisz iść do nas, nic nie pomoże!

— Nie pójdę! nie pójdę! — krzyknęła Maryś — nie chcę, nie mogę, mam swoję chatę i w swojéj chacie choćby umrzeć!

— Co ty oszalałaś Maryś? hę?

— Niech oszalałam a nie pójdę! — odparło dziecko. — Dziwujecie się żeście mnie tu znaleźli; co za dziw! Wczoraj jeszcze wzięłam się do kądzieli, ale sen mnie zmorzył, kamieniem przespałam noc całą... Wyszłam w słonko popatrzeć zrana, zobaczyłam moją mogiłę i płakać się na niéj zachciało.

— I tak będzie co rano.

— Nie dziadusiu! nie! ja wiem co potrzeba: pójdę do roboty, bo z niéj żyję, a łzy schowam na niedzielę.

Rataj stał zdumiony jak żona, był bowiem pewien że znajdzie dziecko, a trafił na dojrzałą i rozżaloną tylko istotę; nie wiedział już co począć, co powiedzieć.

— Prowadźże mnie do swojéj chaty — odezwał się po namyśle, — nigdy w niéj nie byłem, muszę ją obejrzeć...