Rataj zwykł był tak mówić choć oczów nie miał, i niewiele tém grzeszył, bo ślepy tak umiał zastąpić wzrok niezwyczajném czuciem i sprytem, że często więcéj od najbaczniejszych zobaczył. Poszli więc razem ku chatce cygana. Stary dziad obmacał drzwi i pokiwał głową na ich nizkość, przestąpił próg, i nie zatrzymując się obszedł izbę macając rękoma stoły, piec i ławę, zajrzał do alkierza w tenże sposób, powrócił i zasępiony usiadł na przypiecku.
— Szatra cygańska — rzekł do siebie pocichu — gorsza od ladajakiéj ziemianki, w któréj choć zaciszno i ciepło... Jak to tu żyć!
Dziéwczę dosłyszało słów ostatnich.
— Oj! żyliśmy ojcze, i dobrze nam było z naszą nędzą; a mnie jednéj! aby jamka gdzie głowę przytulić!
— Jakże ty myślisz? co poczniesz? gadajno mi, — zawołał Rataj — trzeba żebym wiedział.
Maryś zamyśliła się wlepiając w dziada swe czarne, bystre, choć załzawione oczy.
— Oto posłuchajcie — rzekła — niedziwota przecie to samo robić, cośmy z matką robiły. Na wsi dają prząść, a za motek, i chléb, i omastę i krupę, a czasem szmatę jaką dostać można. Ja, ojcze kochany, niechwaląc się, tak przędę, tak przędę, że mi trudno kto dorówna. Jak grubszą, to i całą talkę za tydzień wyśpieszę, matka mnie sama uczyła, a znali ją we wsi za piérwszą kądziel, bo jéj i sławna Horpyna od Mudrahela wyprzedzić nie mogła.
— A jak zasłabniesz? — zapytał Rataj chmurno.
— No, to poleżę; i, co Bóg da! co Bóg da! — powtórzyła z westchnieniem — Matka zawsze mówiła, że Bóg nad sierotą!
Rataj słuchał i coraz bardziéj czuł się zdziwionym, tak, że ze zdumienia słowa rzec nie umiał. Oczy jego zwracały się w stronę Marysi i jéj głosu; rzekłbyś, że usiłował przebić wiekuiste ciemności i odgadnąć twarzyczkę dziéwczęcia; a czoło było chmurne i zasępione.