— Świta ci w głowie, — odpowiedział po chwili — no, a czemużbyś to do nas pójść nie chciała? Mów, dla czego? Może ty się boisz Sołoduchy? Ale bihme, jakby ci złe słowo rzekła, takbym jéj boki obłatał, żeby cię potém w ręce całować musiała.
— Ale ja się nikogo nie boję! — przerwała żywo Maryś.
— A czemu do nas iść nie chcesz?
Dziéwczę się zawahało, łza pociekła z pod powieki i zbliżyła się do starca, poczynając zniżonym pełnym wzruszenia głosem:
— Ojcze... wybyście mnie powinni dawno zrozumiéć! Może to śmieszno, może to grzeszno, może to głupio co ja powiem; ale cóż? kiedy tak jest, taić się nie ma co przed wami. Jabym téj chaty nie mogła porzucić! Czy to wy słyszeli jak ją ojciec biédny budował! A cośmy tu z matunią przechorowali... Ja się tu urodziłam, ona tu umarła. Nie! ja jéj kołkiem podeprzeć nie mogę i pustką zostawić; póki mnie żywéj, dopóty tu siedziéć będę.
— A rób sobie jak chcesz! — zawołał dziad, którego usta zacięte, litość czy wzruszenie tłumione malowały — Bóg z tobą, tylkono pamiętaj, pamiętaj jak ci dokuczy, u Sołoduchy na ławie przy piecu jest zawsze dla ciebie miejsce, a w Ratajowéj torbie chleba kawałek. I na grób matki tobie nie chodzić dziecko: ty tego nie wiesz jeszcze co to płacz i smutek... Smutek chodzi po świecie marą, a kogo złapie to dusi, to męczy, jeźli się od niego nie odżegna, aż póki nie zadławi. Pan Bóg téj zmorze nie każe się poddawać a bronić. Matce twojéj nic po łzach: zmów lepiéj pacierz za nią, a na mogiłę nie chodź. Siadaj, prządź, gospodaruj, kiedy ci się chce probować samotnicy, ale to tego nie będzie! Człowiek człowiekowi potrzebny; cobym ja dał, choć wrażą twarz ludzką zobaczył!
To mówiąc dziadzisko zerwał się z siedzenia, torbę, którą miał przewieszoną przez ramię, zsunął na kolana i począł z niéj dobywać kawałków chleba zeschłych, świeżych, popleśniałych, bielszych i czarniejszych, aż do dna wypróżniając zapas swój na ławę.
— Ot tobie na początek gospodarstwa — rzekł ponuro — jaka ręka, taka i jałmużna; bywaj zdrowa i niech cię Bóg pocieszy hołubku!
Odszedł z tém Rataj, i już go nazad przeprowadzać nie było potrzeba: próg przestąpił śmiało, głową się o niski odźwierek nie uderzył, w sionkach trafił do wnijścia jakby je sam budował i z góry puścił się drogą, nawet niewiele kija posyłając na zwiady.
— Taki to ród — mruczał pod nosem idąc ku wiosce — gdyby mi kto z drugiego sioła gadał, tobym nie uwierzył, że wyrostek, sierota, dzieciak, a już chce miéć swoję wolę! Rodem oni tacy byli: dziad umarł, a córce na ślub nie pozwolił; córka z nędzy skończyła na swojém postawiwszy, bracia się zaklęli że ona im obca będzie, i ot! dotrzymują psie wiary!