Śmiejąc się wyszedł żebrak ze cmentarza i ledwie na gościńcu rozpoczął znowu przerwaną pieśń pobożną od tego wiersza, na którym ją porzucił. Marysia poczęła prząść żywo, i Bóg tam wié jakie myśli krążyły po jéj główce, ale się często wstrząsała; to spoglądała na drogę, to rzucała okiem na pole, to zadumywała się porzucając wrzeciono; aż nakoniec jakby zwyciężywszy błędne rojenia jakieś, które ją trapiły, wzięła się żywo do kądzieli i do swojéj godziny doprzędła.
Kiedy z Sierotką przez drogę wracali do chaty, przechodząc miejsce na którém były ślady kopyt końskich, pies znowu się zastanowił, obszedł je z wielką uwagą i rozpatrzył. Marysię to zastanowiło, zrozumiała ten ruch, jako dowód czujności stróża swego, zawołała go, pogłaskała, pocałowała w czoło, a Sierotka jak oszalały z radości, nałasiwszy się przed swoją panią, wybiegł szczekać na cztery wiatry, głosząc jéj sławę, a swoją gorliwość.
Dobrze już zmierzchać zaczynało, a Marysia zamknęła się była w chatce na skobel, gdy drogą znowu tętent konika dał się słyszeć, a pies ku drzwiom zaszczekał. Koń powoli zdał się zatrzymywać i przystanął... Tomko widać przed chatą go osadził. Marysia pobiegła do okienka, wyjrzała i szybko skryła się pod piecem.
Chwila upłynęła w milczeniu, aż puk! puk! słychać do zamkniętych drzwiczek. O! i serce puknęło biednéj dziewczyninie, a pies rozgniewany za natrętność, na dobre szczekać począł.
I znowu puk, puk do drzwi, potém do okienka.
— A kto tam? — spytała drżącym głosem Marysia.
— To ja!
— Któż to ja? Czegoto chcecie? — odpowiedziała dziewczyna śmiało zbliżając się do okna.
— E! to ja! nie bójcie się... Co to u was już i chata zaparta... tak zawczasu.
— Bo ja tu sama, zamykać się muszę, a nikomu po nocy nie otwieram.