— Ja wam coś chciałem powiedziéć i wody się napić, a za ranny kubek, tom wam coś przywiózł z jarmarku... Ale doprawdy mnie nie myślicie puścić?
— Jedźcie z Bogiem daléj; do wsi dwa kroki — szepnęła Marysia — Nocą to już do mnie nikt nie wchodzi: piesby mój pokaleczył.
— To choć podnieście okienko i przyjmcie gościniec.
— A! okno się nie podnosi! — odpowiedziała dziewczyna — a gościńców ja nie biorę.
— Cóżto za chata przeklęta — zawołał chłopak — A no! to dobranoc! zostawię gościńca na przyźbie... Bywajże mi zdrowa!
Odstąpił wkrótce odedrzwi, bo zaraz i tętent konia dał się znów słyszéć na drodze, i piosenka wesoła uciekła z nim ku wiosce.
Marysi serce biło, a biło niezmiernie! W głowie mąciło się biednéj, i wyraz czarodziejski „gościniec, podarek”, błyskał przed jéj oczyma tysiącem barw jasnych, świetnych, iskrzących... Chciało się jéj bardzo wyjść zaraz, zobaczyć; ale strach jakiś instynktowy chwytał za serce i odrętwiał nogi. Już Tomko był daleko, już nikt na nią nie patrzał, szła do drzwi niespokojna, gdy u progu siedzący Sierotka spojrzawszy w płonącą jéj twarz, jakby ostrzegając czy łasząc się, zaszczekał. Marysia zatrzymała się, zaczęła myśléć i została przy piecu.
— Mogęż ja przyjąć podarek? — spytała sama siebie — co na to powiedzą ludzie?.. Jak raz wezmę, nie odczepię się od niego?
Nikt jéj nauczyć nie mógł jak to pytanie rozwiązać, i gdyby na myśl nie przyszły przestrogi starego Rataja, byłaby skwapliwie chwyciła tę rzuconą pod jéj okienkiem zagadkę.
Potrzeba jednak było walki z sobą długiego i cichego w duszy boju, żeby w końcu sobie powiedziéć: nie pójdę, nie tknę, nie przyjmę!