Sierotka korzystając ze zręczności napił się wody ze strumyka, popilnował aż Marysia wiadro dobyła, i znów poważnie na straży ku domowi iść począł. Tomko, który niepłonną miał nadzieję, że przy studni coś oberwie, choćby kradzionego całusa rozpoczynającego wiejskie zaloty, powrócił całkiem z niczém i w dosyć złym humorze na psa i dziewczynę; bo śmieszno mu było, że przed sobą wytłómaczyć się nie mógł, po co aż na dół schodził.

Po drodze rozmawiali tylko; ale coby miał nabierać odwagi, a Marysia ją tracić, to on czuł się co chwila bardziéj onieśmielonym, ona zaś coraz weselszą i odważniejszą.

— Ha! — pomyślał Tomko — pójdę za nią do chaty, zobaczymy.

Ale dziewczyna u drzwi postawiła wiadro i siadła na przyźbie. Tomko znów klął tę jéj politykę, któréj się nie spodziewał; usiadł wszakże koło niéj; cóż, kiedy jakby naprzekor Sierotka umieścił się między niemi na straży, co chwila białe ukazując mu zęby, byleby się ruszył.

Po chwili przekonawszy się, że nic nie zyska Tomko zły, gniewny, choć niby żartował z tego klnąc że więcéj nie powróci, poleciał do dworu.

Jeszcze była Marysia nie odeszła ze swego miejsca, kiedy milcząca i zadumana zjawiła się przed nią Sołoducha.

Sierota radośnie rzuciła się ku niéj, tak jéj było pilno serce otworzyć i pogadać o świeżych wypadkach, maluczkich na oko, ale wielkich w życiu dziewczęcia, które czuło, że się los jego waży na szali pierwszego w życiu stanowczego kroku.

— A! matuniu! matuniu! — zawołała rzucając się ku niéj Marysia — jakże ja wam rada, żeście do mnie przyszli; to strach, co ja mam do was spraw pilnych... ażem już biedz chciała.

— Pewnie ten szaławiła, który tylko co ztąd odjechał, głowę ci zawrócił... No, przyznaj się? — odezwała uśmiechając się Sołoducha.

— E! nie! — bawiąc się końcem fartucha odpowiedziało dziewczę — ale co tu z nim poradzić, tak się do mnie uczepił?