— Prawda — dodał — że z was dziwne stworzenie: innaby tak przepadła ze skuki, a wy sobie cudem radę dajecie.

— Nie cudem paniczu, ale łaską Bożą.

I westchnęła Marysia.

Tomko pożérał ją tymczasem oczyma; pierwszyto raz był z nią tak długo i tak blisko się jéj mógł przypatrzyć, a wydawała mu się co chwila ponętniejszą, porównywał ją z wszystkiemi jakie dotąd widział, nawet z czarnobrewą Petronellą, garderobianą sąsiedniego dworu, i musiał przyznać, że przy Marysi gasła nawet biała, rumiana i świeża dworka.

Ma to do siebie samotność, że jeśli nie psuje, to dziwnie, wznioślejsze zwłaszcza natury uszlachetnia, a dusza czysta musi się przelać w rysy twarzy, w każdy ruch, w spojrzenie, dźwięk głosu; rzekłbym, w barwy i kształty uwidomiające ją przed światem. Dziwił się Tomko, że dlań sierota miała urok i powab, powagę, ponętę, jakich nigdy nie doświadczył wrażenia. Myśl jego zuchwała i do zuchwalstwa przywykła łatwemi zwycięztwy, porywała się na sierotę; ale gdy na nią oczy podniósł, uczuwał jakąś nieopisaną obawę i tchórzył, ust nieumiejąc otworzyć. Wejrzenie jéj niepokoiło go, mieszało, języka zapominał w gębie, choć nim gdzieindziéj zręcznie bardzo władał; słowem, przy Marysi czuł się jak skrępowanym.

— To licho! — mówił w duchu — czy ja tu z tém kurczęciem ładu nie dojdę: taćto być nie może. Cóżto za jedna? zaklęta królewna? Tfu! cyganka sierota! przybłęda! A takbyto było wygodnie się do niéj umizgać: chata na odludziu, żywéj duszy, nas tylko dwoje; przyjeżdżaj kiedy chcesz, nikt niezobaczy, nikt nie połaje, nikomu się nie kłaniaj.

Dumał tak idąc obok dziewczyny, aż do studni, a coraz to na nią spozierał z ukosa, a co się chce zbliżyć, to Sierotka warknie, i leśniczy choćby mógł go harapem odpędzić, woli odstąpić trochę. Tak doszli do krynicy pod górą.

Ta Krynica, była to sobie, jaką nie jednąście widzieli pewnie w życiu: studeńka nie studeńka, źródełko sączące się zpod glinianego obrywu na białéj opoce kredziastéj, ostawione starym szerokim pniem spróchniałym. Dokoła niego sączyła się woda spływając do bliskiego stawu drobnemi, wężykowatemi strumyczkami, przez które po rozkisłéj ziemi, gdyby nie kładki, kamyczki i cegły, trudnoby nawet przejść było.

Na pniaku leżał kruk drewniany, służący do spuszczania wiadra, choć tu niewiele kto czerpać przychodził, bo źródło było daleko odewsi: ale wymyślniejsze gospodynie aż tu czasem z za grobli przybiegały, bo woda była wyborna. Dokoła w prawo i w lewo zarastały bujno po bokach wzgórza tarnina, leszczyna drobna, kaliny i bzy, migdałowym swym zapachem napełniające powietrze. Wśród téj drobnoty, jedna tylko obłamana, stara, kaléka czereśnia wyżéj się wznosiła, litość budząc koszlawym pniem swoim, co roku nowemi pooranym bliznami.

Miejsce było puste a ładne. Wdali staw, grobla, młyny i część wsi jak na dłoni... Tomko chciał dziewczęciu dopomódz do zaczerpnienia wody, ale nim się do tego po szlachecku przybrał, już Marysia przebiegła po znajomych kładkach, chwyciła kruk, zanurzyła wiadro, i pełne, śmiejąc się, postawiła na ziemi, szybko toż samo z drugiém robiąc.