To rzekłszy zamilkła chwilę.
— Ale — dodała jakby się namyśliwszy — kiedyto już się te konkury zaczęły, czy nielepiéjby tobie teraz na jaki czas do naszéj chaty się schronić? Byłoby bezpieczniéj... Ej! byłoby bezpieczniéj! Zwłaszcza kiedy i te przybłędy znowu się tu przywlekli — dodała ciszéj.
— Kto? — spytała Marysia.
— No! albożto nie wiecie, że ta banda cygańska z któréj był twój ojciec, znowu słyszę do wsi przyszła...
Na te słowa dziewczę zerwało się z siedzenia nagle, rzekłbyś przeistoczone zupełnie, zmienione, przerażone, pobladłe i drżące.
Ręce załamała i słowa wyrzec nie mogła.
Stara nie pojmowała co się z nią stało, bo uczuć dziewczęcia odgadnąć nie była w stanie; a sierocie, sierocie wzmianka o jakiéjś odległéj rodzinie, która się jéj nie zaprze, która ją przytulić może, uderzyła w serce dziwném wrażeniem... Ona prócz matki nie miała nikogo, coby ją przytulił, coby przygarnął ku sobie, ukochał i przyznał się do niéj.
Sołoducha wzięła za przestrach, co było tylko silném uczuciem wyrywającego się serca... O! rodzina, czarodziejskie to słowo! Ile w niém ukrytych leży radości, ile pociech, ile węzłów łączących nas przez nią ściśléj ze społeczeństwem całém... Jest to niejako ogniwo łańcucha wielkiéj całości, od któréj oderwani, błąkamy się nie wiedząc co począć z życiem. Kto nie miał nigdy rodziny, kto nie uczuł słodkiego uścisku brata, ojca, krewnego, jakże marzy o nich i jak gorąco ich pragnie!
— Co tobie dziewczyno? — zapytała się po chwili Sołoducha — czy ty się tak boisz? No! to ruszaj ze mną! ja cię przechowam, nie masz się czego lękać.
— Ja? bać się? a czegóżbym się swoich obawiać miała? — odezwała się dziewczyna — toż to moi! to moi!