Sołoducha oburzyła się.
— Jacy oni twoi? Pluń na marę! poganie! ne chresty! Matka twoja była chrześcianka, a ojciec obwiesił się nie chcąc ci być ojcem: czémże oni twojemi być mają?
— Bracia ojca! — jęknęła dziewczyna.
— Co katowali go, aż od nich uciekać musiał!
— Lepsiż byli bracia matki!? — spytała Marysia.
Sołoducha skrzywiła się.
— Ale wiészże ty co to za lud? — spytała gorąco — matka ci tego nie powiedziała pewnie, a cudzy nie śmieli. Cały Boży świat od nich jak od zapowietrzonych ucieka; złodzieje, zbóje, czarowniki, i gorzéj, i gorzéj jeszcze: — poganie, nechresty!
Marysia zadrżała.
— A czyż to prawda? — spytała przerażona.
— Jak Bóg miły! Dowiédz się od ludzi, idź od wsi do wsi, nic ci innego nie powiedzą: to postrach okolic. A gdyby to było co dobrego, czyby to się tak włóczyło po świecie, nigdzie miejsca zagrzać nie mogąc.