— A Tumry?
— Psi syn! krew gadziów! został tam gdzieś ze swojemi; niech go robacy strawią!
Tak półsłowami rozmawiając, spuścili się cyganie w jar głęboki, i wioska znikła im nagle z oczu. Aza szła żywo przodem nie oglądając się za siebie, milcząca i jakby lękając się pogoni, coraz jeszcze przyspieszała kroku, tak, że za nią reszta bandy ledwie wydążyć mogła.
Nagle droga zatętniała, zakurzyło się, zahuczało i mijając wóz Aprasza, konny jakiś przyskoczył do śpiewającéj cyganki, która nie krzyknęła nawet gdy ją za ramie pochwycił.
— Co to jest? — odezwał się głos drżący i ochrypły Adama — co to jest Aza, powiedz mi, co to jest?
— Co? — odwracając się obojętnie zawołała cyganka — a co ma być? idziemy daléj!
— Ty idziesz z niemi?
— Chciałeś może, żebym w téj klatce waszéj została?
— Ale ty nie pójdziesz!
— Ja! a dlaczego?