— Bo ja cię nie puszczę.
Uśmiechnęła się dziko dziewczyna.
— Jakiém prawem?
— Tyś mi obiecała zostać!
— Nigdy! nigdy! A pocóżbym tam została? — dodała zatrzymując się — żebyś mnie za pół roku, czy za tydzień wypędził, albo rzucił jak ogryzioną kość któremu ze swoich lokajów, jak było z innemi?
Adam osłupiał.
— Ja ci dam — rzekł zdyszany — ja ci dam co zechcesz...
— O! o! — kręcąc głową poczęło dziéwczę — a jeśli zechcę ślubnego pierścionka?
— Ty szydzisz?
— Widocznie; ale gdybym go żądała?