— I żyłaś tak... sama?
— Jak widzicie, w téj lepiance, sama, samiuteńka.
— A któż cię karmił? — zdziwiona poczęła Aza.
— Moich rąk dwoje, i opieka Boża, i modlitwy matki...
— Nikt się nie zlitował? nikt nie dopomógł?
— Ale nie! ja się nie skarżę! nie! — żywiéj przerwała Marysia — tylkom nie potrzebowała pomocy i nie wołała o litość: nauczyłam się sama radzić sobie. A było, było poczciwych dwoje co mnie strzegli i strzegą, co pomagali chlebem, sercem i słowem... O! i więcéj niż dwoje!
— Któż to taki? przerwała ciekawie cyganka.
— Stara Sołoducha, żona żebraka, i stary Rataj jéj mąż.
— Tak! cygańska dola nad cygańskiém zlitowała się dzieckiem — szepnęła Aza i zamyśliła się. — Ale dość już tego życia — zawołała po chwili wlepiając oczy w sierotę — tyś dziecko Romów, czas ci gadziów porzucić a iść z nami. Tyś piękna i młoda, lepiéj ci u nas będzie. Co to za życie? życie szukeli, życie zycaja (psa, kota), których głupi nałóg przykuwa do chaty, do progu, do kąta i robi kamieniem. Co dzień jedno przed oczyma, codziennie toż samo życie, ta sama nędza i praca! pójdziesz z nami, pójdziesz i zobaczysz, jak świat się córce Tumrego, krwi Romów rozśmieje! Tu na ciebie patrzą jak na obcą i brzydzą się tobą, a z nami będziesz królować, będziesz rani (pani) jak ja!
I wstała, na świat potrząsając ręką...