Ledwie Tomko zsiadł z konia, troskliwe oko matki i baczne wejrzenie ojca już go objęły całego, i oboje postrzegli, że chłopak przymizerniał, a wesołość, która dawniéj twarz jego okrywała, stracił. Pocałował w rękę rodziców, i milczący, powolnie, bez swawoli, bez głosu wszedł do chatki.
Ojciec go nie spytał co mu było, ale matka zaraz szepnęła na ucho:
— Co to? czyś nie chory Tomku? albo ci się co nie stało? Mizernie ci coś z oczu patrzy?
— Ot tak! — rzekł leśniczy — coś mi na sercu ciężko.
— No! no! — dodał zażywając tabaki stary Choiński, który i pytania i odpowiedzi dosłyszał — raz wraz bo z dziewczętami się parasz... Dobra taja brednia... ale nie szczo dnia... Jużby czas ją porzucić, a to zdrowie stracisz i na jakie licho trafisz, że ci kwaśnego piwa nawarzy!
Tomko, który się ojca bał i wstydził, zawołał zaraz:
— A gdzie mnie tam to głupstwo w głowie, tatuniu; nie miałbym roboty... Ciężko lasu upilnować, nie ma dnia, żeby nie było trzeba siekiery odbierać... Pan nie żartuje, sam po drogach o kwitki pyta, tchnąć człek nie ma czasu.
— To i dobrze, że pracować musisz; to i dobrze!
— Ale jednakże; żeby zdrowia nie nadwerężył! — dodała matka.
— Porzuć jéjmość — przerwał stary — praca nie zaszkodzi, byle to prawda tylko była, co Tomko mówi, jeszczeby pół biedy; wyśpi się, najé i będzie zdrów.