Matka spojrzała, westchnęła i zamilkła; a przypomniawszy sobie, że syn może być głodny, pobiegła do komory po przekąskę. Stary z boku popatrzywszy na syna, sam wkrótce do ładowania wozu i wyboru na jarmark pośpieszył, bo zwykł był mawiać: sprawa sprawy nie tamuje... Jakoż wkrótce konie zaprzągłszy siadł i pojechał, choć mu tęskno było syna porzucać, ale jarmarku opuścić nie mógł.

Adamowa była matką, syn jéj jedyném dziecięciem, jakże tu przenieść widoczną jego zmianę, smutek i troskę? Poczęła koło niego chodzić, żeby się prawdy dopytać.

Tomko nic dla niéj skrytego nie miał, a choć matka do zbytku pobłażała mu może, serce téż za to miała zawsze dla siebie otwarte. I teraz nietrudno jéj było o przyczynę zadumy dopytać.

— Ot, licho się do mnie przyplątało — rzekł pocichu, kryjąc oczy jak winowajca.

— Ani chybi, znowu tam jakieś przeklęte dziewczysko — zawołała matka. — Gadaj już gadaj... niech wiem, co się święci.

— Teraz to chyba gorzéj jak kiedy — odparł Tomko, i nuż spowiadać się matce, a słów nie skąpił, bo mu się na nie długo zbierało. Gdy począł mówić, wygadać się nie mógł.

Adamowa stała, słuchała, głową kręciła i summowała zasmucona.

— Hm! hm! — rzekła po chwili — lepiéjbyś to sobie z głowy wybił... Cyganka... diabeł ją wié... może co zna! O jéj ojcu i matce dziwy prawili: nasłuchałam się, że włosy na głowie wstają... Cyganisko się w końcu obwiesił!! Brudy i szkarady: potrzeba ci było tam nosa wtykać?

— A! kiedyżto ładna jak drugiéj w życiu nie widziałem! — zawołał Tomko — a poczciwe, a skromne!

— E! pluń ty mi na to! A zkąd się tu u niéj poczciwość ta i skromność wziąć miała... Widać tylko durzy ludzi... Ej! ostrożnie Tomku, ostrożnie bo się doigrasz! Dziewczyny mi téj więcéj ani patrz! Mało masz szlachty, coby każda za ciebie poszła... to się żeń już lepiéj, niż masz tak bałamucić.