— Cyt! cyt! — zawołała do siebie — precz licho! ta — to się na wielkie rzeczy kroi! Myślałam, że Tomko tylko ją bałamuci i szczęścia probuje, a on naprawdę zaszłapał! No! no! może Pan Bóg sierocie da szczęście!
A jakto w każdéj ludzkiéj czynności by najlepszéj, jest diablego ogona kawałek, bo nim szatan musi każdą zamieszać potrawę; do dobrych chęci dla Marysi staréj Sołoduchy, wmieszało się i złe uczucie, dodając jak drożdże ciastu siły robocie i wzrostu. Choińscy byli bogaci, stary trochę się czwanił i rękę kładł za pas; Adamowa w niedzielę na panią patrzała, w chacie ich było dostatnio: a myśl upokorzenia ich dumy daniem im cyganki, sieroty za synowę, uśmiechnęła się staréj Sołodusze.
— Ot toby dopiéro musieli nosy pospuszczać — dodała w duchu — oni co najmniéj jaką ekonomównę lub pannę z garderoby dla syna roją; a tu im przyjdzie golusieńkie cyganiątko!! i córka wisielca!
Ratajowa cała w rozmysłach stanęła nawpół drogi.
— Coby tu robić? — spytała się sama siebie ożywiona wódką — jakby tu począć?
Chwilę tak stała głęboko zadumana, potém coś zapewne przemyśliwszy, kopnęła się wesoło do chaty pani Marcinowéj. Tu choć dni jeszcze parę miała zabawić, ale tak się poczęła niepokoić o Marysię, że nazajutrz rano piechotą wyrwała się do Stawiska, nieczekając na podwodę. A że dobrze znała okolicę; przez lasy wprost poszła ścieżką na cmentarzysko wiodącą.
Zbliżając się ku niemu, zdala już poglądała, czy nie zobaczy dziewczyny przy mogile; ale choć dzień był piękny, nikogo tam niedopatrzyła, tylko z tumanem kurzawy Tomko na siwku przeleciał i mignął jéj jak strzała przed oczyma.
— Leć! leć! — uśmiechając się zawołała baba — złapiemy cię ptaszku; ale gdzie hołubka moja? gdzie Marysia?
I przeszedłszy w poprzek drogę zbliżyła się do chaty, w któréj izbie pies zaszczekał. Drzwi były zamknięte, zapukała, i po chwilce Marysia przyszła jéj otworzyć. Stara bystrém okiem podejrzeń pełném, zmierzyła spokojną i smutną dziewczynę.
— A co to ty w chacie? — zapytała.