— Ot tak! — odparła Marysia — nie chciało mi się piec na słońcu...

— Bałamucisz! gadajno prawdę!

— Ten się włóczy a włóczy — pocichu szepnęła Marysia — raz wraz mnie zaczepia: musiałam się przed nim schować.

Sołoducha mrugnęła oczyma.

— I cyganka się już do mnie jakaś dwa razy przywlokła, dziwy mi prawiąc... Nie śmiem wyjść już na cmentarz.

— I dobrze robisz odpowiedziała Sołoducha, siadając — ja ze strachu żeby ci się tu co złego nie stało, leciałam do ciebie aż z Budek od Rudni jak oparzona... Chłopcu ani końca nosa nie pokazuj! Już ja co wiém, to wiém!

— A cóż wiecie? — spytała zarumieniona Marysia.

On się w tobie do szaleństwa, na zabój rozkochał! — na ucho ostrożnie szepnęła baba — bylebyś rozum miała, to się z tobą ożeni.

— On! ze mną! — czerwieniejąc się coraz mocniéj krzyknęła Marysia — chyba żartujecie ze mnie?

— Ale gdzie tam! tak jest! miej rozum, a nie przypuszczaj go do siebie ani na staje, to go będziesz miała... Tyś głupia, ale ja żyłam na świecie to wiém: mężczyznie im gorzéj dokuczysz, to cię lepiéj pokocha.