Sołoducha z usty otwartemi, milcząc, zdawała się chcieć zrozumieć słowa dziewczyny i nie pojmować ich wcale.
— Otóż tobie rozum! — rozśmiała się nareszcie — oto tobie dola! Jak jéj szczęście świta, toby się chciało, żeby Pan Bóg i wczorajszy dzień przerobił. Tfu! na marę... licho tam wié, czego ci się zachciéwa! Ja tego i słuchać nie będę; a co wiem, to wiem, i co mówię, to zrobię...
To rzekłszy zerwała się z ławy i cała oburzona, ale podtrzymując się jak mogła tém, że dziewczę bredzi nie wiedząc co; odeszła od Marysi, we łzach ją zostawiwszy.
Biedne dziewczę zostało same i usiadło na ławie zadumane tak smutnie, jak nigdy jeszcze; oczy jéj oschnąć nie mogły, a niepokój bił piersią wzruszoną. Co tu począć i jak tyle różnych uczuć pogodzić! Sierotka jakby przeczuł co jego pani cierpiała, przyszedł, siadł przy niéj pocichu, i począł ją lizać po rękach, łapą drapiąc po kolanach, żeby z zadumy rozbudzić. Ale ciężko to było! ciężko!
Pierwszyto raz dziewczęciu ktoś się starał podobać i podobał; pierwszy raz obcy przemówił do niéj tym językiem, który tak słodkiém brzmieniem młode ucho kusi; a uśmiechnąć mu się, odwrócić do niego jak serce chciało, nie było podobna! Cała przyszłość czarna, ponura, straszliwa stanęła przed sierotą...
— I zawsze tak będzie — mówiła w duchu — i nigdy nie potrafię znaleźć równego sobie; chybabym wzięła żebraczego syna i poszła w świat ze ślepym. Któż weźmie cygankę? Kto wie! kto wie! dobrze może radziła stara cyganicha, pójść z nimi na wieczną włóczęgę... Ale jakby moją kochaną chatę i mogiłę porzucić, i moje życie spokojne?
— A! — dodała płacząc — już ono nie będzie jakiém było! Jeden się zbliżył i spojrzał... podobam się drugiemu, nie dadzą spokoju, aż sponiewierają mnie bezbronną i bezsilną... Co tu począć! co począć!
I załamała ręce.
Ale w chwili największéj rozpaczy, przychodzi czasem otucha, świta pociecha niespodziewana. Marysia spojrzała przez okienko na jasne niebo, na uwijające się ptaszki pod chatą, posłyszała szczebiotanie swych skrzydlatych przyjaciół, i trochę jéj przybyło odwagi.
— Bóg łaskaw — rzekła pocieszając się w duchu — co będzie, to będzie, ja do mojéj roboty, do mogiły i do dawnego obyczaju powrócę... A przyjdzie umierać, to nie pożałuję świata, bom go nie zaznała! Tyle go dla mnie, co w oknie.