— A tobieżto co? — krzyknęła.

— A matuniu — cicho odpowiedziała Marysia — nibyto ja rozumu nie mam! Gdyby się to i stało, a coby mnie tam w chacie czekało?

— Co? — ofuknęła baba...

— Czyby mnie to tam jak dziecko przyjęli i ojciec i matka? A ktoby mi dobre słowo powiedział! Na niewolębym tam chyba poszła i na poniewierkę.

— Albo to starzy wieczni!

— A na co mam ich śmierci patrzéć? — odezwała się dziewczyna.

— I cóż myślisz? — przerwała Sołoducha.

— A cóż? gdyby nawet takie szczęście spotkać mnie miało, ja go nie chcę.

Baba osłupiała z podziwu, załamała ręce, przeżegnała się mrucząc coś pod nosem niezrozumiale.

— Alboto mi tu źle? — spytała Marysia — albo mi brak wody i chleba? A na co mi więcéj? Przywykłam do chaty i wiek w niéj przeżyję... Szlachcicby mi całe życie wytykał, że mnie z błota wyprowadził; gdyby nie on, to i chłop gdyby mnie wziął nierazby w złą godzinę nazwał cyganką i córką wisielca... Wolę, że mi tu ściany milczą, niżbym tego słuchać miała.