— A to panicz!! — zdziwienie udając odezwała się stara — może wrota na łan zamknięte, zaraz pójdę otworzyć...
— Nie, nie, nietrzeba — odparł siadając na ławie Tomko — ja tu do was matuniu po radę...
— Panie Boże! a tóż co! — odezwała się stara śmiejąc — czy już mnie potrzebujecie?? No, mówcież co wam potrzeba; ale ja taki przestrzegam, że lubczyku u mnie nie ma, choć to wy i bezemnie i bez niego sposób sobie na dziewczęta znajdziecie.
— Co tu długo gadać a bałamucić — wstając z ławy rzekł Tomko — ot matuniu powiedźcie mi, czy to wam krewna, czy chrzestna córka, czy co... Marysia cyganka?
— A co ona mi ma być? — ruszając ramionami odparła stara — nic...
— Ale wy z nią żyjecie?
— Bo to widzicie matka nam ją przed samą śmiercią poleciła; ale cóż wam do niéj?
— Co mnie do niéj? — wybuchnął chłopak — tu nie ma co kłamać: ot, ja za nią oszaleję!
Baba udała zdziwienie wielkie, w ręce plasnęła, głową zaczęła kiwać, brwi zmarszczyła, cmokała; wreszcie poufaléj przysiadła się na ławie.
— A na co się wam to zda? — rzekła podpierając twarz zgrzybiałą na pomarszczonéj dłoni — wy myślicie, że to dziewczyna sierota, sama jedna, to ją jak grzyba wziąć; ale widzę Marysi nie znacie.