— Nie odchodź lepiéj jak masz żałować — rzekła wpatrując się w nią Sołoducha — w mieście ty zginiesz z taką twarzyczką... Gładkie liczko, to dla dziewczyny utrapienie: spokoju ci nie dadzą.
Marysia przerwała jéj mowę.
— Matko! — odezwała się — jutro rano przyjdźcie do chaty, a co w niéj zostanie, to wasze... Tylko proszę was, proszę, weźcie do siebie Burka, gołębie i ptastwo, niech z głodu nie zdycha: weźcie dla miłości Bożéj...
Sołoducha miała coś odpowiedzieć, gdy Marysia szybko ją pocałowawszy w rękę, biegiem od niéj uszła. Pilno jéj było nacieszyć się tą chatą, któréj więcéj widzieć nie miała, swemi przyjaciołmi wiernemi i ostatnim dniem młodości. — Pobiegła, pobiegła wprost na cmentarzysko, naprzód na mogiłę matki, twarzą na ziemię padając przy niéj zapłakana.
Nie wiem jak długo leżała tak na wilgotnéj glinie, ale gdy wstała, zesłabła i złamana boleścią, znużenie samo sprowadziło w niéj jakąś zmianę: zdrętwiała, ostygła; podniosła się machinalnie, poszła do chaty powoli, krótki był wybór, i mały węzełek jéj podróżny: rzuciła go na ławę zostawiając wszystko, niechcąc nic ruszyć z miejsca, aby dłużéj patrzéć na nietknięte domostwo swoje. Obeszła potém wszystkie kąty, żegnając każde miejsceczko, każdą ściankę, każdą komórkę chaty; niespokojny Sierotka, sam jeden towarzyszył jéj w téj pielgrzymce. Ani się spostrzegła jak zgłodniałéj i znużonéj dzień przeleciał strzałą, a słońce zapadać zaczęło za góry i lasy.
Z kawałkiem chleba, który gryzła, wyszła Marysia na próg, powtarzając usty najstraszniejszy z ludzkich wyrazów: — ostatni raz, ostatni!
A! czyż nie każda chwila w życiu naszém ostatnia? Choć o tém zapominamy, w każdéj z nich obsypuje się jakaś cegła z téj ruiny, którą zowiemy życiem. W mgłach tego wyrazu: — raz ostatni — inaczéj wydało się jéj wszystko; pożałowała nawet boleści i sieroctwa swego. Sen ani myślał kleić jéj powiek i pozostała tak na przyźbie, aż ją krzyk ptastwa dopominającego się strawy przebudził.
Pobiegła i wyniosła im płacząc wszystko, co miała jeszcze, rozsypując po ziemi ziarno, o które obojętnie rozbijać się zaczęli zgłodniali. Patrząc na to setne powtórzenie codziennéj swéj zabawki, usnęło biedne dziewczę zmorzone uczuciem i boleścią, któréj ciało znękane podołać już nie mogło.
Gdy otworzyła oczy, księżyc już był wysoko na niebie, a przed nią stała czarna postać Azy cyganki.
— Czas! czas! — odezwała się do niéj przybyła — wybieraj się i chodź ze mną!