Dziewczę wstrzymało się drżące i objęte jakimś strachem; a cyganka powoli wstąpiła na pagórek, twarzą obróciła się do księżyca, wyrwała garść zeschłéj trawy z mogiły, garść suchych dorzuciła gałęzi, i dobywszy ognia, zapaliła tajemną jakąś ofiarę.
Rzuciła na nią zioła wonne i coś z chusty dobytego; zaczęła szeptać słowa i tajemnicze zaklęcia, a rękę zwróciwszy na dwór i wioskę, miotać się zdawała jakieś na nie przekleństwa. Wiatr, który rozdął płomyk i susz rozpalił, wprędce téż zdmuchnął ten stos pogrzebowy, a ogień buchnąwszy do góry, opadł i zagasł w mgnieniu oka: świst tylko wiatru, który zdawał się z sobą unosić słowa cyganki, rozległ się po okolicy.
— A teraz daléj! daléj w świat! — ozwała się schodząc z mogiły Aza — w świat córko cygana.. Pamiętaj, że ci ojca zabili gadziowie... pamiętaj!
We dwa dni potém pan Marcin z budek Rudeńskich powrócił do domu ze Stawiska, i znowu zatrzymał się u wrót podwórka Choińskich.
Adam siedział u chléwka na kłodzie i chmurny fajkę palił, która mu co chwilę zagasała.
— Dzień dobry kumie!
— Dzień dobry waszeci... A co? może znowu z żytem?
— A zkąd go nabrać? Jadę ze Stawisk od młyna.
— No, to jedźże z Bogiem — odrzekł pan Adam — a jaką tam miarkę biorą?