— Gdzie? jużciż pewnie z cyganami poszła... bo ją ta bestya kusiła nie mało? a jak wasz ojciec pogroził, musiała nieszczęśliwa posłuchać włóczęgów.
— A cyganie dokąd poszli?
— Ale! szukaj wiatru w polu!.. Jeszcze dwa dni temu byli w Rudeńskim lesie, terazby o nich ludzi pytać...
— A! prawda! jakiż ja głupi! — zawołał Tomko. Od tutejszych ludzi dowiedzieć się muszę i pójdę tropem.
I ścisnął siwego, a babie nie powiedziawszy nawet Bóg zapłać za radę, znikł w lesie gdyby wicher pędząc bez drogi.
Sołoducha się uśmiechnęła i mrugnęła okiem.
— Ot tobie szlachcicu zalecanki! ot tobie stary górą głowę nosić! Będziesz cygańskie dzieci kołysał.
Nazajutrz lament i zamieszanie w Choińskiego chacie. Syn jak w wodę wpadł, nie wiedzieć gdzie się podział; ojciec winuje matkę, matka na ojca narzeka, a oboje płaczą. Całe budki zeszły się pod ich podwórko, każdy z radą, ubolewaniem, z dobrém słowem, a pan Marcin z grochem. Sołoducha także przyparła się do płotu, niby nic nie wié, milczy i wzdycha tylko.
Na dziedzińcu zagrody jak w wielkie dnie nieszczęść i klęski, wszyscy razem: i pan Adam z załamanemi rękoma, i Agata rwąca włosy z siwéj głowy, i czeladka szepcząca o Tomku różne wiadomości pochwytane z przeszłości, różne domysły Pan Bóg wié na czém oparte.