— Nie! nie — krzyknął Maxym — będziemy was męczyć, aż sobie precz ztąd w świat za cyganami, braćmi waszemi, pójdziecie. Obchodziła się wioska tyle lat bez kowala, obejdzie się i daléj, a my was nie chcemy miéć na oczach!
Motrunie ta nielitośna mowa odezwała się aż w sercu, i ścisnęła je gniewem prawie.
— Prześladujecie nas cyganami — zawołała podnosząc się — a i wyście synowie Romów! Prześladujecie nas, a lepsiście sami, co odpychacie krew waszą na zgubę i głód, byle wam z oczu uszła!
— Precz mi jędzo! bo cię psami wyszczuję! krzyknął Maxym wypadając z chaty za próg.
— Psy lepsze od ciebie — rzekła Motruna — bo mnie wszystkie znają za panią, kiedy ty wyparłeś się siostry.
— Boś ty się wyparła ojca i jego woli — przerwał Maksym.
Motruna spuściła oczy, obeschłe z łez i gorejące, wstrzęsła się i wzgardliwie rzucając wejrzenie na brata, odstąpiła na kilka kroków od chaty. Kot, kury, gołębie nadbiegły, w téj chwili stary Kasztan, pies podwórzowy, który się wśród wrzawy obudził i zlazł z przyźby: wszystkoto poszło za dawną karmicielką.
Maksym znikł już za drzwiami.
Burek zeskoczył zrazu z tynu, i ocierając się o Motrunę, kilka kroków wlókł się za nią powoli; ale widząc, że minęła wrota i kierowała się ku drodze: przyzostał, usiadł, łapki pod siebie podłożył, i w początku poglądał na nią, a nareszcie, że słonko mu przygrzéwało, zdrzémnął się wśród podwórka.
Kury napróżno pozierając na fartuch Motruny i szczebiocząc, poskakały za nią kilka kroków, dziobiąc ją po nogach i chwytając za spódnicę; ale i te zobaczywszy że schodziła ze zwykłych granic ich państwa, zaczęły się grzebać w śmiecisku i porzuciły ją samą.