Para gołębi leciała nad jéj głową przysiadając na gruszach, na studniach, na dachach; zdawała się ją wyzywać nazad i gruchała ku swéj pani; ale niedaleko jéj towarzyszyła; samica pociągnęła ku gniazdu piérwsza, a samiec wrócił się za nią.

Kasztan stary wytrwał podobno najdłużéj: wyprowadził ją za podwórko, za wrotka aż na drogę, i lizał po ręku i mruczał, zapraszając niby, aby się nie oddalała od chaty. Ale Kasztan tak już był stary! Boki miał wypełzłe, ogon niemal nagi, nogi sztywne i suche, trudno mu chodzić było, zwykle najdalszą jegó podróżą były wycieczki za wrota, a na drogę nawet nie puszczał się nigdy. Miał na przyźbie wyleżany barłóg słomiany, do którego był tak przywykły. Jakże mu było wyrywać się nie wiedziéć jak daleko z Motruną? Szedł, szedł, i przyzastanowiał się kiwając ogonem; zrobił krok jeszcze, szczeknął nawołując, i spojrzał na chatę i na Motrunę, jakby rozmyślał co robić z sobą. Nareszcie, gdy nie odwracając głowy biédna sierota szła daléj, Kasztan podtuliwszy ogon spuściwszy głowę, zawrócił się po cichu do swojéj przyźby, powoli podreptał ku niéj, i mrucząc spać się położył znowu.

Uciekając ze wsi ze łzami w oczach, żona Tumrego przechodzić musiała koło stodółki ojcowskiéj w któréj cep słychać było. Wrota jéj na pół otwarte, dozwoliły spojrzéć wewnątrz, i najrzała młodszego brata w koszuli jednéj, zwijającego się koło kilku leżących na toku snopów żyta.

— A może téż on litościwszy będzie! — zawołała w duchu i wsunęła się cicho we drzwi, a cień jéj obudził zamyślonego pracownika.

Podniósł głowę, spojrzał, i zdumiał się widząc siostrę.

— A ty tu czego? — zawołał więcéj niespokojny jak gniewny — ty tu czego Motruna?

— Do was Filipie! do was! Byłam u Maxyma po dobre słowo tylko, po przebaczenie; Maxym mnie jak włóczęgę i obcą przepędził: czyż i ty tak zrobisz jak on.

— Maxym cię przepędził? — rzekł spierając się na cepisku Filip — a cóż ja ci pomogę? co ja ci poradzę.

— Choć pożałujcie! choć przemówcie! — zawołała biédna kobieta. Cała wioska z waszéj przyczyny od nas jak od zarażonych ucieka: nikt słowa dobrego nie powié, twarz nawet, spotkawszy się, odwracają! Czyż taki litości nad biednemi nami miéć nie będziecie?

— E! to darmo — rzekł żywo zmieszany brat młodszy — to darmo: kiedy Maxym cię przepędził, to cóż ja poradzę! Z całą gromadą zmówili się na was, żeby nie przyjmować i wypędzić: to darmo! Ty wiesz, że ja sam w chacie z Maxymem ledwie wytrzymać mogę, a tobym się miał i z nim i z gromadą zadzierać! Toby mnie, ani żonie pokoju nie dali i z chaty bym uciekać musiał. Idź sobie, idź! bo jak cię tu zobaczą, to i mnie prześladować będą!