Motruna płakała stojąc oparta o wrota.
— O mój Boże! mój Boże! do kogo się tu już udać, kto pomoże, kiedy bracia właśni opuszczają i wypędzają!
— A było ojca słuchać — rzekł cicho Filip — tobyś teraz nie biédowała Motruno; i dla cygana świata sobie nie zawiązywać i wstydu nam nie robić!
Motruna milczała.
— Co się stało, tego nie powrócić — odezwała się po chwili — ale nie daj Boże dzieciom waszym takiéj doli, bo my z głodu pomrzemy, jak zima przyjdzie.
— A dwór? — spytał brat.
— Nie ma dla nas nikogo we dworze!
— Dali wam, słyszę, krowę?
— Już ją dojadamy, bośmy przedać musieli.
Brat Filip zamyślił się chmurno.