Janek szedł dźwigając wór z młyna, bo na taki czas i błoto żałowano wołów, i bracia go posłali, żeby chudoby zaoszczędzić. Aż przykro patrzéć było, jak skulony biédny potwór pod ciężarem woru uginając się, brnął boso w zamarzającém błocie. Ale gdy go Tumry pozdrowił, gdy podniósł żółtą twarz swoją, nie znać na niéj było tego wyrazu męki i znużenia, jakiego się na niéj spodziewać było można. Owszem uśmiech latał na wargach skrzywionych, i oczy błyszczały swobodnie.
— A dokądto Janku? — spytał cygan — ja cały dzień szukam ciebie i znaleźć nie mogę.
— Boś źle szukał, cyganku kochanie — odparł stawiając wór na kamieniu Janek — było mnie szukać gdzie ciecze, gdzie biją, gdzie mokro, gdzie chłodno i głodno, tobyś mnie pewnie znalazł.
— E! — dziko się rozśmiał Tumry — taką rzeczą powinienem cię był znaleźć u siebie, nie szukając i nie ruszając się z miejsca, bo u nas to wszystko w chacie.
— Cha! cha! i głód? — spytał Janek.
— O! i nie dziś... bo już chwała Bogu i chleba nie stało.
— Cha! cha! — rozśmiał się Janek po swojemu, chuchając w skostniałe ręce. — No! a cóż będzie?
— Słuchaj Janku, jak ty nie pomożesz, to zginiemy!
Mały człowieczyna aż się za boki porwał od śmiechu, gdy to usłyszał.
— Aj! aj! daruj życie — zawołał — dalibóg umrę ze śmiechu, kiedyto i głupi Janek ma się zdać na coś na świecie, oprócz rąbania drzew i noszenia worów z młynów po błocie!