— Mnie trzeba będzie iść — rzekł — ale na chatę zdaleka naglądać będę. Macie tu gałęzie i łuczywo, świećcie sobie póki nie zaśniecie... I żebyście chcieli dobréj rady posłuchać, tobyście tak rąk nie opuszczali... Jak człek się kręci, to mu na sercu lżéj jakoś... Dobranoc Motruno!... Ja tu niedaleko przenocuję...
Motruna znowu spuściwszy głowę nic nie odpowiedziała Jankowi i zapatrzyła się w pałający ogień, który dwie łzy toczące się po jéj twarzy oświecił... Żegnała niemi kobietę, któréj fantazya więcéj niż serce związała ją na wieki z losem cygana.
— I ona umarła! — mówiła w duchu. — Czasem mi na myśl przychodziło, że powróci, że pomoże, że się choć ona ulituje... Bóg ją wziął, żeby i tę nadzieję nam zabrać.
W takich myślach, dając wygasnąć ogniowi i pozastygać garnkom, biédna żona cygana przetrwała do późna; wśród ciszy nocnéj słychać już było trzecie kogutów pianie na wsi, gdy sen powieki jéj zmrużył.
Ze dniem zjawił się znowu Janek, który poleciał był do swojéj chaty pokazać się braciom i wrócił dopomódz Motrunie ogień naniecić.
Zdziwił się spostrzegłszy ją uśpioną na tém miejscu, w którém wczoraj porzucił z wieczora: ogień niepoprawiony, nie zgarnięty, a garnki ostygłe i nietknięte.
Skrzyp drzwi przebudził kobiétę, a płomień ogniska oprzytomnił znużoną.
— E! e! Motruno kochanie! — odezwał się Janek po swojemu — coś ty mi się nie poprawiasz, nic z ciebie nie będzie! Jaka z ciebie gospodyni drzémać pod piecem. I wieczerzy nie jadła, i obiadu gotować nie myśli. Ja za ciebie wszystkiego zrobić nie mogę; rusz się i sama!
— Do czego? — spytała kobiéta — do pustych bodni i porozsychanego naczynia?
— A czemu bodnie puste? — spytał Janek — to ty winna! Czemu naczynie się porozsychało? nie przez kogo tylko przez ciebie!