— Przezemnie!
— Dawniéj bywało — mówił głupi Janek — Motruna i za cygana i za siebie pracowała: wodę nosiła, chatę lepiła, krzątała się, aż miło; jam nieraz zdaleka patrzał. Teraz ją ani napędzić! Wstyd! wstyd!
— Coś ty mnie łajesz, Janku?
— A muszę, Motrunko kochanie — odpowiedział, wciąż się krzątając koło chaty parobek — bo mnie za ciebie wstyd! Piękna z ciebie żona i gospodyni!
W chacie nie umieciono, na piecu węgle zgasły, garnki brudne! Coś miała cyganowi pomagać, to mu będziesz ciężyć! Wstawaj do roboty!
Jakoż tak szczęśliwie i śmiało przemówił Janek, że Motruna chwyciła się przecież z ławy i pobiegła do ognia; on się rozśmiał i zniknął.
— Doprawdy — mówiła w duchu kobiéta — może głupi Janek i prawdę mówi: co ja wysiedzę pod piecem!
Wtém zaszczebiotało coś i zaskomlało w sieni.
— A toż co? — stając zapytała kobiéta i serce jej zabiło, choć na głos zwierzęcy tylko, bo i tego tak dawno niesłyszała, a tak się jéj żywo przypomniała chata rodzinna!
— Wszakcito kura gdacze w sieni i coś skomli! — Otworzyła drzwi przyświecając łuczywem.