Sionka była od podwórza zamknięta, a po niéj zwijała się para kurek ślicznych, i młody żwawy kogucik, który spostrzegłszy światło, wbiegł na próg, strzepnął skrzydłami i zaśpiewał. Motrunie aż serce zabiło.
— A mój Boże! — zawołała — czubaty! czubate! i jakież śliczne!
Tuż pod progiem leżało kilkudniowe szczenie, skomląc, pełzając i nie mogąc przeleźć przez próg, który na jego nóżki był zawysoki.
— I pies! a! to będzie Kasztan! krzyknęła, chwytając na ręce rudego pieska, który piszczał ze strachu. — Poczciwy Janek! a niechże mu Bóg płaci. Ukradł chyba gdzieś dla mnie szczeniaka i te kury, boby mu ich w chacie nie dali.
Kury tymczasem wszystkie powskakiwały do izby i poczęły już rozpatrywać się w nowém mieszkaniu rozbiegając się po kątach, a Motruna oczyma chodziła za niemi:
— Jakież śliczne, jakież tłuściuchne! jakie wesołe! — wołała wesoło latając za niemi z psem na ręku. — Wychowam Kasztana na stróża naszéj chaty a z kur!...
Zamyśliła się.
— Ale czémże je będę karmić?!
Zasmuciła się tą uwagą biédna Motruna; w istocie, ani na śmietnisku ubogiéj lepianki, ani w izbie nagiéj i pustéj, kurze nawet nie było się czém pożywić, tak każde ziarnko i pyłek były tu drogie. Poczęła rzucać oczyma po kątach, jakby szukała pożywienia dla swojego nowego gospodarstwa, i dopiéro spostrzegła węzełki, które poprzynosił z sobą Janek.
Było tam nawet trochę dla drobiu pośladu, a Motruna co najśpieszniéj posypała go na podłogę. Myśląc także o jedzeniu dla szczenięcia, znalazła chléb, a na widok jego obudził się i w niéj głód, przytłumiony smutném odrętwieniem.