— Co ci jest? — spytała.
— Mnie? nic a nic! — rozśmiał się Ferdynand. — Zły tylko byłem na siebie, żem do statku przybiegł, gdy był o kilkaset kroków od przystani.
— Pewnieś się pan na jaką ładną Saksonkę zapatrzył — wtrąciła Ahaswera, grożąc na nosku niekształtnym. — Mają one przecie sławę piękności.
— Musi to być chyba pamiątką znikłéj przeszłości — rzekł Ferdynand. — Tymczasem owo plemię, o którém mówiono: Wo schöne Mädchen wachsen, zastąpione zostało jakiémś inném. Twarz ładną zobaczyć trudno, a gdyby się ją znalazło, reszta postaci rozczaruje.
— Bacznie się pan przypatrywałeś — dodała Ahaswera.
Ferdynand ruszył ramionami.
— A! nie Włoszki to, brudne wprawdzie, zaniedbane, wysmarowane oliwą, ale jak boginie piękne, typowe, wielkiéj krwi i wielkiego stylu, cóś w sobie bohatérskiego i klasycznego mające... To biédny narodek, zapracowany, wątły choć czasem dogóry strzeli, jasnowłosy, płaskonogi, chudy albo nabrzękły.
Ahaswera się rozśmiała.
— Włoszek ci żal, panie Ferdynandzie, a mnie włoskiego kraju; bo tam, jakie jest to jest, ale drga życie. Tu ludzie wegetują.
Zdania były podzielone. Księżna Teresa w dobroci serca swojego broniła Sasów i szukała w nich stron dobrych, znajdowała ich sympatycznymi.