Księżna właśnie rozłożyła była Album Matejki i chciała się pochwalić zebranemi rysunkami polskich artystów. Leżeli obok siebie na stole: Grottger, Matejko, Siemiradzki, Brandt, szkice Kossaka, Andriollego i wiele innych. Już od dni kilku zajmowano się tym fenomenem rozkwitu sztuki u nas, który pogrobowym nazwaćby można, gdyby tak potężnego życia nie dowodził. Hrabia August znajdował go wytłumaczonym i naturalnym. Poczucie piękna istniało w narodzie oddawna, nie mogąc się objawić, bo wszystkie siły żywotne gdzieindziéj były skierowane; w chwili więc, gdy na innych polach czynność ustała, tu wszystka moc wylać się musiała. Przeszłość miała czém natchnienie karmić; naostatek bólów tyle było bodźcem do tworzenia.
Księżna, która żywo była zajętą artyzmem polskim, zebrała na ten dzień wszystko co mogła, aby wykazać charakter jego odrębny i pokrewieństwo z sobą tych nawet twórców, którzy najmniéj go napozór mieli.
Hrabia August szedł daléj, dowodząc, że piérwsza otworzyła wrota do nowego świata poezya nasza i że pomiędzy poetami a artystami wszelkiego rodzaju była taż sama jedność charakteru, jak pomiędzy kunsztmistrzami.
Grottger i Szopen wydawali mu się jakby braćmi rodzonymi; Moniuszko byłby mógł pójść w parze z Matejką, gdyby mu szczęśliwsze sprzyjały losy... Nastręczały się i inne porównania i zbliżenia, o które się spiérano.
Wiktor znajdował analogie, nie przyznawał jednak tego podobieństwa bliźnięcego, jakie inni upatrywali. Dowodził że każdy z tych natchnionych miał własną fizyognomią i rysy tylko pewne czyniły ich pokrewnymi z sobą.
Przybył do księżny dnia tego i Emil Marya, który oprócz niezaprzeczonych gwiazd piérwszéj wielkości, resztę artystów pióra, penzla i dłuta potrosze próbował kąsać.
Przebijała się w tém pewnie boleść człowieka, czującego się daleko godniejszym sławy, niż ci, którym się dostała w udziele. Przedmiot poruszony dostarczał tak obfitego materyału do rozpraw, iż mogły przeciągać się długo. Albumy leżały porozrzucane na stołach i wszyscy niemi byli zajęci. Wiktor mówił o Grottgerze właśnie, gdy w salonie ukazał się hr. Filip. Jedyną zmianą, jaka w nim na piérwszy rzut oka uderzała, było że nadzwyczaj starannie ubrany, z pretensyą jakąś niebywałą do elegancyi, niby odmłodzony, nabrał téż manier zbyt młodzieńczych. Na włosach nawet znać było dłoń kunsztmistrza, który je świéżo starał się uporządkować. Ta pamięć o sobie, choć nie przechodziła pewnych granic, czyniła go niemal śmiésznym.
Księżna Teresa, która miała dla każdego zawsze miłe słowo, zmusiła się do prawie czułego powitania gościa.
On sam zbliżył się potém do p. Lizy, która przyjęła go grzecznie, ale z odcieniem chłodu większego niż dawniéj. Nie zważając na to, hrabia Filip pozostał przy niéj jak przykuty, dłużéj daleko niżby ona sobie życzyła i nie dając się niczém oderwać.
Korzystając z tego, że inni goście zajęci byli albumami, wróciwszy do nich, hrabia Filip nie wahał się wyznać p. Lizie, że dla niéj tylko powrócił do Rzymu. Nie otrzymawszy ani odpowiedzi, ani podziękowania, nie zaprzestał jednak nudzić jéj komplimentami, które rumieniec zniecierpliwienia na twarz jéj wywołały. Księżna, postrzegłszy to oblężenie i domyślając się jak musiało być przykrém dla Lizy, odwołała ją ku sobie. Hrabia Filip, nie mając do kogo, zwrócił się do Emila Maryi.