Na krótką chwilę rozmowa ustała. Każdy z gości miał przed sobą jakąś kartę; szeptanozcicha, pokazując je sobie. Hrabia Filip zbliżył się także do stolika.
— Jest to dla nas bardzo złym znakiem — rzekł — żeśmy się tak w sztuce pokochali. Miłość dla niéj prowadzi zawsze prawie do upadku i jest jego zwiastunem. Przypomnijcie sobie państwo rozprawę Klaczki. Ja trzymam z nim.
— Ja zaś wolę już wpadek z aureolą u skroni, niż życie po amerykańsku — rzekł hr. August. — Życie to, jak w Stanach Zjednoczonych, całe na dolarze oparte, jest dopiéro podściołem, na którym kiedyś się może prawdziwy żywot wyrobić zdoła. Dziś to tylko gruba robota mularzy, na któréj fundamentach stanie przyszłość rzeźbiona. Jesteśmy jeszcze w epoce niezupełnie wolnéj od przesądów, wyniesionych z innych czasów; zakładamy potęgę narodów na ich materyalnéj sile, po któréj zostanie rdza tylko, gdy istotną wielkością kraju każdego jest wyrobienie się w nim potężnego ducha, którego dzieła pozostaną jako szczebel w dziejach, służąc do dalszego pochodu ku górze.
— Ależ ten wasz duch — rozśmiał się hrabia Filip — bez warunków materyalnych i bez potęgi opiekuńczéj pięści rozwinąć się nie może.
— Panowie, wróćmy do sztuki — przerwała księżna — i nie sprzeczajmy się. Hrabia Filip, po długiéj niebytności, spodziéwam się że nam wrócił mniéj wojowniczo usposobionym.
— Ja? — spytał Filip. — Ależ ja jestem jak baranek łagodny i gotów dla miłości księżny zgodzić się na wszystko.
— Zgódź się więc na to, abyśmy powrócili do sztuki — rzekła księżna Teresa.
— Z największą przyjemnością: do sztuki, do sztukowania, do sztuki mięsa, do czego tylko księżna rozkaże — z udaną wesołością rzekł hrabia Filip. — Tylko czy téż istotnie my mamy własną sztukę? hm?
— Jesteś ateuszem we wszystkiém! — zawołała księżna.
— A może myopem, może nie dowidzę; ale temu nie winienem — odparł Filip. — Cudzym zaś oczom nie wierzę.