— Ależ ja ją uwielbiam! — zawołał Filip.

Nie dano mu mówić dłużéj. Pani Liza miała w ręku jednę z ostatnich prac Grottgera, fotografią jego kartonu, który się zwał Romanzą Beethovena i któremu za podpis służył jéj temat. Z tego powodu księżna przytoczyła, iż Grottger muzyką, któréj dom jego matki był pełen, rozkołysany został do tworzenia tych obrazów, w których tak cudna panuje harmonia. Śpiéw matki i siostry, obu muzykalnych i rozmiłowanych w pieśni, dźwięczał mu w uszach, gdy w Paryżu i w ostatniéj swéj podróży kréślił ręką osłabłą poetyczne postacie, którym taki wdzięk smutny nadawać umiał.

Jak Szopen, przeznaczonym był, aby w kwiecie wieku, w pełni sił, wśród marzeń i tęsknoty do życia, śmierć go porwała.

— Nic smutniejszego nad to dla nas — odezwał się Wiktor — lecz nic dla artysty szczęśliwszego być nie mogło. Umiérać zużytym, wyczerpanym, rozczarowanym i dopić kielich do dna, do mętów, szczęściem się nie może nazywać. Mnóstwo artystów, których początki były najświetniejsze, skończyło, przeżywszy siebie.

— Całe to życie Grottgera, które się w jego dzienniczku odbija — dodała księżna — obudza dlań współczucie i prawie łzy wyciska. Łamał się ciągle z piérwszemi potrzebami życia, wybijać się musiał walką ciężką z tłumu, gdy obok niego mniéj obdarzeni, nieznani...

— Był to prawie i los Moniuszki — rzekł hr. August. — On także aż do ostatniéj chwili nie mógł się dorobić dla rodziny i dla siebie téj drogiéj niezależności, która człowieka wyzwala dopiéro.

— Niedawnoście panowie utrzymywali, jeżeli mnie pamięć nie myli — odezwał się hr. Filip — iż boleść jest dobrą dla geniuszu piastunką.

— Tak, perły się rodzą w muszlach zranionych — rzekł Wiktor.

— Zatém los wiedział, dlaczego ich brał na tortury — odparł Filip.

— Ale niemniéj nad ich grobami można się choć użalić — dokończyła księżna.