Ferdynand, strwożony, pobiegł za nią. Zamknęła drzwi i, zrzucając z siebie okrycie, poczęła gorączkowo:
— Nie łaj mnie! Byłam w pracowni Wiktora.
— Sama?
— Sama — odparła, marszcząc brwi — bo inaczéjby mnie pewnie do niéj nie wpuścił. Był to krok może zuchwały... ale mniejsza o to, jak go ludzie osądzą. Hrabia Filip pozwolił sobie mnie szpiegować i gdym wychodziła, czekał na mnie... Dałam mu raz nazawsze odprawę — dołożyła z energią. — Mówię ci o tém, abyś od tego dnia z nim zerwał.
Ferdynand słuchał, jakby uszom nie wierzył własnym; nie umiał odpowiedziéć.
— Mam go wyzwać? — zawołał po namyśle.
Liza pochwyciła go za rękę.
— Na Boga, on tego niewart, ani mi się waż! Mniebyś tém zaszkodził. Zabiję go ja moją wzgardą.
To mówiąc i drżąc jeszcze, poszła do zwierciadła poprawić włosy i chwyciła w dłoń wody, aby obmyć oczy. Brat stał nieruchomy, nieszczęśliwy.
— Najlepiéj będzie Rzym opuścić — szepnął.