— Zobaczymy, być może, nie w téj chwili jednak — odezwała się Liza. — Uznałabym się zwyciężoną. Nie! nie!
Ferdynand już nie śmiał powiedziéć nic więcéj. Dopiéro po obiedzie, gdy sami zostali w salonie, odważył się ją spytać:
— A Wiktor... czy masz jakie zamiary?...
Spojrzała nań bystro.
— Wiktor jest i będzie moim przyjacielem, moim bratem, niczém więcéj. Wiesz żem postanowiła nie wychodzić za mąż, ale mogę szanować i kochać człowieka, nie oddając mu się. Wiktor jest moim przybranym bratem.
Ferdynand nie śmiał się sprzeciwiać; pocałował ją w rękę.
— Uspokuj się — rzekł — ja ci w niczém nie będę zawadą i przeszkodą. Wiész jak cię kocham, a dla ciebie i jego ukocham jak brata. Ale, Lizo moja, co powié świat?
— Świat? niech powié co zechce... z uśmiéchem przyjmę jego potępienie.
Po gwałtownéj scenie w ulicy, któréj hr. Filip pewnie się nie spodziéwał, bo tyle energii i odwagi nie przewidywał w Lizie — chciał winowajca biedz wprost do hr. Augusta i jemu powierzyć poselstwo, które przeznaczał jako ostatni cios mściwy dla téj, co nim pogardziła.