— Jakiż ta historya ma z nim związek? — spytała słabym głosem.
— Bardzo wielki — rzekł hr. Filip. — Książę Piotr mieszkał, jak wiadomo, w Zatuszyńcach, a o pół mili w Borku niegdyś siedzieli państwo M... Mąż był chorowity, dogorywający, pani piękna, dowcipna, utalentowana, bardzo stosunkowo młoda, a wydana zań mimowoli, choć podobno była dla niego dobrą żoną. Ale to nie przeszkadzało temu, że w sąsiedztwie między starym księciem, który w tym domu bywał, a piękną panią M. zawiązał się serdeczny stosunek. Książę był wdowcem, mąż dogorywającym; rachowano może na tę miłość, że do ołtarza poprowadzi. Otóż miłości téj owocem jest mniemany pan Wiktor Gorajski.
Mimowolny wykrzyknik wyrwał się z ust księżny, która przypomniała sobie kameę.
— Wkrótce po narodzinach dziécięcia, umarł pan M... Syn odziedziczył po nim i nazwisko i majątek, do którego nie miał prawa. Zmarł i książę Piotr. Pani M... o któréj tak blizkim stosunku nikt prawie nie wiedział, dopiéro umiérając, skruszona, pokutująca, przed synem wyznała wszystko. Chciała ulżyć sumieniu, nie spodziéwając się, aby po jéj śmierci p. Wiktor, z jakąś dumą i szaleństwem niewytłumaczoném, odłączywszy od majątku część macierzystą, resztę oddał krewnym nieboszczyka M., a sam nazwisko, do którego nie miał prawa, rzuciwszy, ekspatryował się i dał sobie, nie wiem jakiém prawem, imię Gorajskiego. Jest-to więc człowiek nieprawego urodzenia, bez rodziny, bez związków, wyrzutek jakiś społeczeństwa, do którego żadna się rodzina przyznać nie może. Pani Liza téż niepodobna aby mu rękę oddała. Ja tajemnicy z tego co mówię, wrazie gdyby za niego wyszła, czynić nie będę. Mam na to co mówię dowody w ręku.
To rzekłszy, wstał hr. Filip, trąc włosy i tryumfującą przybiérając minę.
— Księżna będziesz łaskawa, to co ja jéj zwierzyłem, powiedziéć pani Lizie, inaczéj ja użyję środka jakiegoś mniéj może właściwego, aby ją o tém uwiadomić.
Nie odpowiadając, zadzwoniła księżna, aby jéj wody podano. Zrobiło się jéj słabo. Kochała Lizę, lubiła Wiktora; Filip ją przestraszał, poselstwo, jakiém ją obarczano, było jeśli nie nad siły, to nad wyraz wszelki ciężkie i bolesne.
Westchnęła, spoglądając na rozgorzałego zemstą człowieka, który chodził około stołu, na odpowiedź oczekując.
— Hrabio — szepnęła ledwie dosłyszanym głosem — pojmuję miłość, przypuszczam nawet, że się z niéj zemsta na chwilę wyrodzić może; lecz godziż się posuwać ją do takiéj zaciętości?
— Nie wiem co się godzi, a co niegodziwe — zawołał Filip. — Natura moja taką jest. Zgorzkniały, nieszczęśliwy, zrozpaczony, nie mogę postępować inaczéj.