— Tak jest! — krzyknął poeta — trzeba go ostrzedz. Ja lecę...

Nie wstrzymywała go księżna.

— Wracaj do mnie — rzekła — tylko opowiédz mu wszystko i dodaj że ma za sobą nas wszystkich... Niech się ma na baczności.

Emil Marya pobiegł.

Księżna, opowiadając wszystko, nie pominęła i historyi urodzenia Wiktora, a ta w oczach poety nowy urok mu nadała. Ze współczuciem i gorączką, który fantazya poetycka wywołała, wpadł do mieszkania Gorajskiego na Babuinie, w którém nigdy dotąd nie był, bo raz Wiktor go nie przyjął, a geniusz czuł się tém obrażony.

Zastał gospodarza siedzącego w przyciemnionym żaluzyami pokoju, bez książki, bez roboty, w myślach i dumach.

Postawa poety i gwałtowność, z jaką wpadł, kazały się domyślać, że nie z prostą grzecznością przychodził. W milczeniu wiele znaczącém począł, łkając prawie, bo był do płaczu skłonnym, ściskać go mocno.

— Biédny! biédny! zacny mój... kochany!...

— Cóżto jest? — zapytał Wiktor, śmiejąc się. — Biédny! ja? ale ja nie czuję się nim wcale.

— Jakto? — przerwał poeta — jakto? więc...