— Co? — krzyknął — on śmiał!...
Zacisnął pięści i stał się tak strasznym, że Emil Marya na krok cofnął się od niego.
— Uspokuj się, wszyscy go potępiają — dodał. — On sam głosi, że mu p. Liza z pogardą dała odprawę. Jest ukarany, ale mściwy człek, przewidując że teraz rozgłoszony stosunek wasz musi się zakończyć małżeństwem, rozsiéwa krzywdzące wieści o twojém urodzeniu.
Wiktor pobladł, pot wystąpił mu na czoło; zachwiał się i padł na krzesło. Poeta ścisnął go za rękę.
— Co on mówi? — spytał Wiktor głosem słabym.
Po chwili krótkiéj namysłu, poeta powtórzył co słyszał od Ahaswery, dodając wyraz współczucia. Gorajski słuchał, nie dając długo znaku, jakie to na nim czyniło wrażenie; twarz jego była tak blada i zmieniona, że nowy ból już się na niéj wypisać nie mógł.
Po milczeniu niedługiém, podniósł głowę.
— Niestety — rzekł — to co mówi, prawdą jest nie zaprzeczam. Dla pamięci matki méj musiałem się taić, ale dziś, gdy mi to w oczy rzucają, potrafię znieść z rezygnacyą. Powiedział o tém pani Lizie?
— Niezawodnie.
Wiktor się zamyślił; czuł, że przyjmując go nazajutrz, już wiedziała o tém, wiedziała i nie zmieniła się wcale. Odetchnął lżéj, łza mu się w oku zakręciła, wyciągnął dłoń do poety, który ją gorąco uścisnął.