Mówił głosem tak złamanym, jąkając się, jak gdyby innym był człowiekiem. Niedawno księżna widziała go zuchwałym, teraz był przelękłym, chociaż starał się pokryć tę trwogę.
— Ja nic nie wiem — rzekł poeta krótko.
Księżna zamilkła.
Hrabia Filip stał osłupiały, chwytając się poręczy krzesła, aby nie upaść. Chciał pytać jeszcze i usta mu się tylko trzęsły. Ten brak odwagi jego samego wprawiał już w gniéw. Zdobywał się na dawne zuchwalstwo, lecz powrócić do niego nie mógł. Trząsł głową i rzucał się.
— Papiéry! mogą być potwarze, mogą być kłamstwa. Umarłym wszystko wolno... Mścić się chce na mnie — zaczął głosem przerywanym.
Księżna stała, patrzyła, ale się nie odzywała. Poeta usunął się nabok.
Począł się domagać szczegółów; Emil Marya powtórzył zimno:
— Nic nie wiem, nic wiedziéć nie chcę.
Nie mogąc przemódz tego upartego milczenia, hr. Filip poczekał chwilę, powiódł oczyma po księżnie i poecie, uśmiéchnął się szydersko i wolnym krokiem wywlókł się z pokoju, już w progu zdając się zapominać gdzie był i co robił. Kapelusz włożył na głowę, nie zwrócił się ku gospodyni, szukał długo klamki, wyszedł i cisnął drzwiami za sobą.
— To cóś wygląda jak ostatni akt tragedyi — szepnął Emil Marya.