— Ja się boję — dodała księżna — boję się o Wiktora. Ten człowiek gotów na wszystko... Straszne rzeczy się gotują. Nie odchodź pan, chcę go miéć przy sobie. Po obiedzie zaprowadzisz mnie do księżny. Muszę tam być; trzeba się naradzić, zapobiedz.
Mówiła tak, niby się uskarżając, ale twarz ożywiona świadczyła że prawie była rada tym okropnościom, które jéj nudy przerwały.
W salonie pani Lizy na Via Sistina panowała cisza uroczysta; na twarzach obecnych, zwykłych gości widać było oczekiwanie niespokojne, podbudzoną ciekawość, a razem cóś chwili téj uroczyste znaczenie nadającego.
Pani domu siedziała z księżną Teresą za stołem; blade obie, trzymały się za ręce. Nieco daléj, w czerni cała, ubielona i odrobinkę uróżowana, kręciła się niespokojnie na krześle, usiłując być poważną, księżna Ahaswera.
Za siostrą stał Ferdynand, pochmurny, mniéj pewien siebie niż zwykle. Hrabia August wyprostowany, zapięty, ze zwykłą sobie krwią zimną i postawą arystokratyczną, zabrał miejsce naprzeciwko pani domu, by czuwać nad nią, nie spuszczając z niéj oka. Zdawał się więcéj zajęty wdową, niż tém co się przygotowywało.
Poeta, z ręką założoną za frak, z włosami zarzuconemi na tył głowy, wzrokiem wodzący po suficie, a myślami zapewne po świecie natchnień swoich, usiłował się dostroić do tonu panującego, do powagi i uroczystości tego momentu. Księżna Ahaswera, ile razy spojrzała na tę nieco teatralną figurę, nieznacznie poruszała ramionami. Wszystkie ruchy tego poczciwego monomana były jéj już dobrze znane.
Wiktor, blady, w ręku trzymał zwitek papiérów i patrzył nań zadumany, jak gdyby jeszcze wahał się z odczytaniem jego. W twarzy dziwnie zestarzałéj i pomarszczonéj malowała się walkawewnętrzna, już przebolała w części, ale trwająca jeszcze.
Milczenie się przedłużało nad miarę. Poruszył się wreszcie jakimś wysiłkiem woli Wiktor, zbliżył do lampy, otworzył zwitek, który miał przed sobą i, bez wstępu żadnego i objaśnienia, głosem słabym, zrazu stłumionym, czytać począł:
„Zmarnowanego życia, zawiedzionych nadziei, wiary straconéj — nie zapisywałabym i nie zostawiała pamięci po sobie; ale z niesławy i plamy obmyć się muszę. Za życia nadto byłam dumną, abym się chciała usprawiedliwiać; z za grobu chcę jeśli nie siebie, to imię moje oczyścić. Nie do jednéj mnie ono należało.