Liza spuściła oczy i nie dała odpowiedzi.
Wśród téj rozmowy, trochę zapoważnéj dla Ferdynanda, młodzieniec, czując iż lepiéj się było nie mieszać do niéj, czynnie się zajmował gospodarowaniem koło stołu. Rozporządzał służbą, dawał rozkazy, wysyłał ludzi, udając że mu na nic więcéj nie stawało czasu.
Parę razy zwróciła się ku niemu siostra; odpowiadał jéj półsłowami i wracał do tego krzątania się, trochę nienaturalnego, za które jednak i ona i pan Wiktor wdzięczni mu być musieli.
Gospodyni, nie dając tego poznać po sobie, rzucanemi od niechcenia pytaniami starała się z gościa cóś o jego przeszłości wyciągnąć.
Zaczęła kilka razy mówić o różnych kraju prowincyach, wspomniała o Wołyniu i z trwogą nową a niesmakiem przekonała się, że człowiek ten, którego ona nie znała wcale, stosunki niegdyś ją otaczające, osoby najbliższe jéj znał bardzo dobrze. Nic mu tam obcém nie było... mówił o ludziach, miejscach, o wypadkach przeszłości, jak gdyby niegdyś był ich blizkim.
Na wzmiankę o nieboszczyku mężu pani Lizy, którą nieostrożne pytanie wywołało, rumieniec oblał ją; zamilkła, okazując tak wyraźnie pomieszanie, iż Wiktor, dostrzegłszy to, bardzo zręcznie zmienił przedmiot rozmowy, poczynając rzecz o Włoszech i Rzymie.
Chcąc czémś weselszém zabawić, żartował z towarzystwa, które tak chciwie zbiegło się oglądać nieznajomą artystkę, o czém mu pan Ferdynand powiedział.
— Księżna, wracając, wstępowała do mnie — dodała Liza, ochłonąwszy z piérwszego wrażenia. — Ona jest wistocie zajęta mocno nieznajomą, ale u niéj nie jest to prosta ciekawość. Złote serce ma w tém udział wielki; wyobraźnia tworzy już sobie na tém tle cały dramat, aby w nim odegrać mogła rolę anioła-stróża.
— Nie wiem co się stało hr. Filipowi — przerwał Ferdynand, rad łatkę mu przypiąć, bo wiedział że siostra go nie lubiła. — On, zwykle tak skory do szukania znajomości, do zawiązywania stosunków, w celu zupełnie przeciwnym niż księżna, na ten raz okazuje nietylko obojętność, ale wstręt prawie; on jeden nie poszedł nowozjawionéj oglądać.
— Ty go zawsze sądzisz zasurowo — stając w obronie, odezwała się Liza. — To biédny, także życiem zmęczony człowiek... wiele mu przebaczyć potrzeba.