— Ja téż nie potępiam go, ale się nad nim lituję — odparł Fernando. — Nie ma jakoś szczęścia do nikogo. Powtarza ciągle, iż radby skończyć życia włóczęgę, ożenić się i siąść u domowego ogniska, ale nikt go nie chce za towarzysza.
— Widać że na owę żonę przeznaczoną, jak mówi nasze przysłowie, nie trafił jeszcze — dodała. — Pan mówiłeś — zwróciła się do Wiktora — iż nie każdy, co jest zrodzony na artystę, zostać nim może. Tak samo są i upośledzone istoty, co na bratnie dusze, z któremiby szczęśliwe być mogły, nie umieją trafić. To jest podobno losem hrabiego Filipa.
— Zdarza się gorzéj jeszcze — dodał Wiktor. — Czasem się przychodzi zawcześnie, gdy istoty przeznaczone nie rozbudziły się jeszcze do życia; niekiedy zapóźno... a wówczas trzeba błądzić samemu.
— Życie wogóle zabawném nie jest — wyrwało się, jakby mimowolnie, pięknéj wdowie.
Wstawali od stołu. Ferdynand znowu tak się zajął służbą, pilnemi sprawami kawy czarnéj i likworu, że Lizę, niespokojnie się za nim oglądającą, samę z gościem zostawił.
We dwoje przeszli do salonu. Milczenie, przykre dla obojga, trwało dość długo. Gospodyni spoglądała na niego, on patrzył na nią chciwie. Mieniały się te wejrzenia, mówiące więcéj niż słowa, niepokojące, zdające się jak błyskawice zapowiadać pioruny.
Lecz w momencie, gdy się groźny jakiś wybuch gotował, Wiktor, usiadłszy nieco opodal, spokojnie począł mówić o mieszkaniu pani Lizy, o freskach, o uliczce, przechadzkach na Monte Pincio i okolicach, które znał doskonale. Gospodyni musiała mu być niewymownie wdzięczną, z oczu jego bowiem czytała, że wcale co innego miał na myśli i mogło mu się łatwo wyrwać coś drażliwego.
Wśród tego paplania o niczém, oboje ochłonęli. Popłynęły pytania i odpowiedzi tak znowu swobodnie, iż wchodzący i wychodzący ciągle Ferdynand, słysząc śmiéchy i ożywione opowiadania, nie czuł potrzeby na pomoc siostrze przybywać.
Tak przesiedzieli dosyć długo. Zaczynało się miéć ku wieczorowi.
Przekonawszy się, że artysta nie był ani napastliwym do zbytku, ani nieostrożnym, że można go było, pomimo wejrzeń zdradliwych, utrzymać w pewnych granicach, nie obawiając się już wybuchu — pani Liza stała się z nim poufalszą i śmielszą.