Pod koniec rozmowy o Rzymie, wyraziła się nieśmiało że raz będąc tutaj, radaby skorzystać z pobytu, nauczyć się czegoś więcéj, oswoić ze sztuką i jéj arcydziełami. Dała nawet do zrozumienia, iż Wiktor mógłby jéj być w tém pomocą, dodając zaraz:
— Wprawdzie małe kółko nasze z każdéj poufalszéj znajomości, z przyjacielskich stosunków, lubi zaraz złośliwe wyciągać wnioski, i to może odstręczać od obcowania z tymi, z którymi żyćby najmiléj było. Ja jednak wcale na to zważać nie myślę.
I ta chęć uczenia się, i ta przestroga, oznaczały już pewne zaufanie, a śmielsze były, niż się po wdowie spodziéwać było można. Sama ona czuła, że może posunęła się zadaleko, że była niezręczną; lecz w stosunku do Wiktora nie poznawała siebie.
Na wezwanie o pomoc w studyowaniu dzieł sztuki, Wiktor odpowiedział nieco zdziwiony:
— Jestem cały na usługi pani, choć nie wiem czy się na co przydać potrafię. Złośliwość ludzi, gdyby spróbowała swych zębów, to chyba na mnie, a ja mam skórę hypopotama. Wątpię jednak, aby mi ten zaszczyt uczynić chciano...
W śmiéch to obróciła dość niezręcznie gospodyni i zagadano o czém inném; wejrzenia jednak krzyżowały się, daleko od słów wymowniejsze.
Przesiedziawszy tak zadługo, Wiktor wziął wreszcie za kapelusz, gdy Ferdynanda właśnie w pokoju nie było. Pani Liza spojrzała ku niemu z wyrazem życzliwości wielkiéj, a gdy się zbliżył do niéj, podała mu rękę i odezwała się przy pożegnaniu:
— Rachuję więc na to, że w panu miéć będę nauczyciela.
Tu zatrzymała się chwilkę i prawie niedosłyszalnych głosem dodała:
— I przyjaciela...